Opowieść o tym, jak dostałem/kupiłem sobie autobus(y).

    Każdy z nas ma w dzieciństwie jakieś wyobrażenie o tym, kim chce zostać gdy osiągnie w końcu upragnioną dorosłość. Kiedy mamy ledwie kilka lat, żyjemy w dziwnej i często nieakceptowanej rzeczywistości, kreowanej przez naszych najbliższych - pełnej zakazów, nakazów, zwyczajów, dziwnych obrzędów - z reguły uważanych przez dzieciaki za zupełnie niepotrzebne. Wyobrażamy sobie dorosłość, jako czas w którym wreszcie nie będziemy musieli się nikogo słuchać - włazić na dowolnie wysokie drzewa, huśtać się godzinami na huśtawce, mimo że już ciemno i do domu pora, albo robić to co nam się naprawdę podoba

Z biegiem lat zaczynamy o tym zapominać, dochodząc do prawdziwie "dorosłych" wniosków - że prawdziwe życie tak nie wygląda, że trzeba działać wg. planów, skończyć szkoły, iść do dobrej pracy, posadzić drzewo, zbudować dom i tak dalej 

Przekonują nas o tym rodzice, nauczyciele, księża, sąsiedzi, znajomi, kuzyni, mass-media. Łykamy jak pelikany prosty schemat SZAMAĆ--->KIMAĆ--->TYRAĆ, bez którego -jak nam wmówiono- nigdy nie zostaniemy KIMŚ. No, a być "nikimś" - sprzątaczką, szambiarzem, albo śmieciarzem - przecież jest... najgorzej.


Wielu pamięta z nas tamten świat, kiedy komunizm uciekał z Polski
Ja chcę pamiętać czas - Cudowne dzieciństwo w latach '80 /eldo

    Moja generacja - dzieciaków lat '80, miała mimo wszystko- z tego co pamiętam - dosyć ograniczone pragnienia. Ktoś chciał być strażakiem, ktoś piłkarzem, kto inny stróżem prawa, albo pielęgniarką. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek marzył o zostaniu cinkciarzem albo oszustem, chociaż przecież to właśnie te "zawody" gwarantowały naszemu pokoleniu niedoborów, szybsze osiągnięcie pożądanego bogactwa. Takiego, które pozwoliłoby przynajmniej na wykupienie w spożywczaku wszystkich gum-kulek i soczków w kartonie, połowy katalogu LEGO w najbliższym peweksie - albo chociaż nie pozostawaniu w corocznym schemacie - albo nowy plecak, albo piórnik w międzyleskiej "Kaczuszce".

    Nie pamiętam - skąd mi się to wzięło. Nie pamiętam czy zaczęło się tylko od jakiejś niesamowitej podróży na przegubie, okraszonej dźwiękiem rozpędzonej linii F na łuku Pożaryskiego, albo takiej z kinolem przyklejonym do szoferki, w którym paluch 4lata marzy o tym, żeby przesunąć od góry do dołu po wszystkich przyciskach i zamknąć/otworzyć drzwi. Tak wszystkie jeden po drugim, jak prawdziwy kierowca. 
No właśnie - ja chciałem być kierowcą autobusu. Słyszeliście kiedyś o czymś takim, żeby jakiś dzieciak chciał być kierowcą Ikarusa? Nie jakimś tam Bublewiczem, czy Senną, tylko zwykłym lokalnym Kazikiem, który musiał zbić sobie dodatkową podłogę z desek pod nogi, od której jest przeraźliwie zimno zimą i który jeździ wbrew w przepisom z otwartym pierwszym skrzydłem drzwi latem, gdy wewnątrz nie da się wytrzymać z gorąca. Facetem, któremu płacą mało, wszyscy wieszają na nim psy jak przyjedzie ryczącym przegubem za wcześnie/późno, szarpnie, jedzie za szybko, za wolno, za mocno skręca, za słabo grzeje ogrzewanie, za długo stoi w korku albo przytrzaśnie jakiegoś osła wsiadającego na ostatni moment, już "po sygnale". Gościem, który usiłuje odnaleźć biegi za pomocą metrowego kija w wiecznie psującym się, grzechoczącym, śmierdzącym dieslem węgierskim pudle, który musi pracować w niedziele, święta, na nocki i bladym świtem.

Nie wiem, jak wy - ale ja rozumiem swoich rodziców, którzy niespecjalnie kibicowali mi w moich wczesnodziecięcych "dążeniach". Na progu szalonych lat '90 lepiej dla dzieciaka byłoby jednak skończyć jakąś normalną szkołę, potem liceum i iść na studia - które mimo stopniowej dewaluacji, nadal były wówczas gwarantem w miarę stabilnej, choć w zasadzie niekoniecznie dobrze płatnej i ciekawej pracy. 

W każdym razie - pomimo, że z lat '80 pamiętam zapewne więcej niż z zeszłorocznej zimy - moje marzenie gdzieś na przestrzeni lat nie tyle straciło na znaczeniu, to po prostu stało się takie.... bez sensu? nierealne? głupie? Sam nie wiem jak to nazwać. Budowałem co prawda autobusy z klocków LEGO, na które rodzice nadludzkim wysiłkiem - dwojga nauczycieli - wypruli sobie żyły. Nadal uwielbiałem zasłaniać kierowcy widoczność, obserwując przez całą trasę jego robotę, na każde święta chciałem dostać zabawkę albo model autobusu (z zazdrością obserwuję ile dziś takich sprzętów jest w sklepie - kiedyś takie zabawki zwyczajnie nie istniały, a autobus można było sobie zrobić co najwyżej z pudełka po okrągłych herbatnikach - takich z cukrem i dziurą w środku), ale - nic poza tym.

Ciekaw jestem, czy u wszystkich dzieciaków ich wczesno-młodzieńcze marzenia kończą się w ten sam sposób. Wśród aktualnie dorosłych rzadko spotyka się kogoś, kto od małego chciał wykonywać konkretny zawód i mu się to udało. Obawiam się, że nawet jeśli do tego doszło - to doszło pomimo, a nie dzięki komuś.


40 lat minęło jak jeden dzień. 
Już bliżej jest niż dalej, o tym wiesz /JJ Matuszkiewicz

    Wracając do czasów współczesnych i optyki czterdziestolatka. Takiego, który coś tam w życiu przeżył, wykonywał różne prace-  od prostych fizycznych po wymagających nieco zaangażowania mózgu. Takiego, któremu zbiera się na podsumowania - bo niestety statystycznie jest już "za połową" i który sam się zastanawia - co w życiu zrobił i co ważniejsze - co jeszcze ma szanse zrobić.

Uprzedzając domysły- kryzys wieku średniego mam już zapewne zaliczony, gdyż amerykańskie kabrio zdążyłem już nie tylko kupić, ale i sprzedać po jakiś 4 latach i 70 tysiącach szczęśliwie przejechanych kilometrów. Ile można przeziębiać zatoki... 
Ów czterdziestolatek, na swe czterdzieste urodziny dostaje od wszystkich gości składkowy prezent w postaci kursu kategorii D
. I dwa przepiękne modele Ikarusa 260, z których jeden został podpisany przez wszystkich składkowiczów :)


 Nie ma co się czarować, że był to prezent niespodzianka (fakt - modele były niespodzianką), bo sam to sobie wymyśliłem, tym niemniej przyszło mi to zadziwiająco łatwo i bez typowych rozmyślań, co tu odpowiedzieć gościom - po prostu wpadło mi to do głowy automatycznie i już nie chciało wypaść, więc ledwo pierwszy śnieg pozwolił na używanie placu manewrowego - ja siedziałem za sterami najpierw ciężarowego MANa, a potem - osobowej Setry. Szybko i sprawnie poprowadzony kurs w Mińsku Mazowieckim (dziękuję jeszcze raz Szkole NOVA EUROPA) zaowocował zdanym za pierwszym razem egzaminem i tak oto po 22 latach od otrzymania kategorii B - blankiet mojego prawa jazdy wreszcie zaczął wyglądać nieco poważniej. Okazało się, że z moją koordynacją ruchowo - wzrokową nie jest jeszcze tak najgorzej, moja głowa jest w stanie przyswajać nową wiedzę i poradzić sobie z testami, więc w sumie - może nie jest jeszcze za późno...

    Nie powiem, że od razu po zdaniu egzaminu zacząłem przeglądać ogłoszenia w poszukiwaniu Ikarusa. Gorzej -  zacząłem to w tajemnicy przed samym sobą robić to około 2012 roku. Pisząc ten tekst przypominam sobie czasy, gdy MZA w związku z wycofaniem przed Euro 2012 Ikarusów z eksploatacji wystawiała przeróżne egzemplarze  - za 5, 6 czy 10 tysięcy-  można było wówczas kupić całkiem jeżdżący sprzęt, może nawet niedawno mający za sobą jakieś naprawy. Niestety 12 lat temu była to dla mnie raczej astronomiczna kwota za bądź co bądź zabawkę, do tego nie za bardzo miałem pomysł gdzie takiego kolosa postawić no i właściwie co z nim zrobić. Ogólnie rzecz biorąc mój wyuczony lub wrodzony racjonalizm nie pozwolił mi na taką transakcję... ale ziarno zostało zasiane. 
Co i rusz w internetach rzucały mi się w oczy kolejne przetargi na sprzedaż coraz to gorszych Ikarusów. Pamiętam moją wyprawę do Łodzi, podczas której oglądałem rozłożoną "do remontu" krótką 260tkę, której właściciel popadł w problemy finansowe. Pamiętam jak dziś jego słowa - że ów autobus strasznie schrzanił mu życie... i trochę się przestraszyłem. 
No, ale ponieważ ziarno zostało zasiane i gdy po jakimś czasie w Płocku tamtejszy zakład komunikacji sprzedawał "przegub" - pojechałem go zobaczyć. Chcieli za niego niewiele, był całkiem ładny, ale perspektywa wymiany silnika, który miał być słaby, nieco ostudziła mój entuzjazm. Potem żałowałem - z tego co wiem autobus trafił na do Paterka (muzeum pod Bydgoszczą), ale jaki był jego dalszy los - nie wiem.

W każdym razie lata leciały, Ikarusów na rynku nie przybywało, a jedynym sensownym kierunkiem, w którym poszukiwania miały sens były oczywiście Węgry. Kraj, który pomimo że byłem w nim kilka razy, zawsze potrafił mnie od siebie odstraszyć. Niekoniecznie chodzi tu o kompletnie niezrozumiały język, ich jaśnie możnowładcę, czy choćby przepisy i zasady, które nawet mnie - wychowanego w republice absurdu - kilkukrotnie zagotowały krew. No nie polubiliśmy się, pomimo pięknej maksymy o tym, żeśmy bratanki, pomimo pięknych krajobrazów nad Balatonem i pomimo rzekomo wspaniałej kuchni (chyba już nigdy nie zrozumiem fenomenu langosza, choć po kilku próbach nie muszę już zabezpieczać strategicznej toalety tuż przed jego zamówieniem:) 


Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát?

    Dojeżdżamy w ten sposób do czasów współczesnych - wakacyjny wyjazd w kierunku Bałkańskim, tym razem malowniczą trasą przez Serbię - bo po co się spieszyć, obejmował też okolice Budapesztu. Tuż przed wyjazdem grzechem byłoby nie sprawdzić ogłoszeń, nie zobaczyć czy coś ciekawego "nie wyskoczyło". No więc właśnie - wyskoczyło :) a nawet trzy sztuki, na szczęście u dwóch sprzedających, więc dodanie dwóch dodatkowych punktów do trasy przejazdu, którą - wbrew wieloletniej praktyce - usiłuję ustalać na spokojnie, bez pędzenia i z zachowaniem zasady, że sama trasa też jest elementem wakacji - nie stanowiło większego problemu.


Tak więc początkiem września ubiegłego roku zawitaliśmy na jakiejś pod-budapesztańśkiej wiosce w poszukiwaniu mistycznego placu, na którym miały kryć się dwa Ikarusy - długi i krótki. Okolica, po której się poruszaliśmy wyglądała trochę dziwnie - nieutwardzone drogi, chaszcze, brak ludzi - jedynie jakieś końskie stadniny w okolicy. Oczywiście - brak zasięgu, google ogłaszający "jesteś u celu" - po środku niczego, czyli typowa graciarska wycieczka. No cóż - "koniec języka za przewodnika" na terenie madziarskim jest pewnym żartem, ale jednak spróbowaliśmy - z naprzeciwka szła jakaś kobiecina, więc najpierw po angielsku, potem po niemiecku, trochę po serbsku, a na koniec - nawet po polsku - próbowałem cokolwiek ustalić. Na nic me wysiłki. Dopiero po dziesiątym powtórzeniu Ikarus BUSZ i pokazaniu zdjęcia z ogłoszenia, któremu szczęśliwie zrobiłem screenshot'a - babce rozjaśniło się w głowie. Nie znam ani słowa po węgiersku, ale naprawdę zrozumiałem - że wyzywa naszego sprzedającego od wariatów, śmieciarzy, złomiarzy, bałaganiarzy, smrodziarzy i od wszystkich innych najgorszych.... tak bliskich każdemu graciarzowi. Machała przy tym ręką w kierunku jednej górki i mówiła chyba coś o policji, ekologii, hałasie etc. więc grzecznie jej podziękowałem i pojechałem w kierunku wskazywanym ręką. To musiał być dobry trop!


Gdy wyjechali na wyniosłość drogi - oczom ich ukazał się las.

    Tak brzmi to bardziej poetycko, ale tak naprawdę po chwili jazdy na horyzoncie sporego wzniesienia zamajaczyły nam znane sylwetki ryczących królów budapesztańskich szos - czyli po prostu Ikarusów. W sumie tylko dwóch, ale w dzisiejszych czasach - to już prawie las. 




    Pogłoski o nadmiernym bałaganie były zdecydowanie przesadzone - na wyrównanym i przyciętym kawale pola stały autobusy, gokarty, dziesiątki jakiś dziwnych maszyn, lokomotywa (!), poskładany autodrom (takie samochodziki na prąd z wesołego miasteczka :)) oraz uśmiechnięty właściciel tego całego przybytku - Jozsef. O dziwo tym razem za pomocą mieszaniny angielsko-niemiecko-włosko-hiszpańsko-polskiego udało nam się znaleźć wspólny język bardzo szybko, ale zgodnie z zasadami prawdziwy graciarz zrozumie drugiego graciarza bez potrzeby skomplikowanej gramatyki. Dowiedziałem się, że rozczarowany tym co się dzieje w ojczyźnie Gospodarz wyprzedaje wieloletnie gromadzone zbiory, wszelkiego rodzaju zabytków techniki i  nie mogąc już tego wszystkie znieść - zamiaruje wyprowadzić się do jakiegoś pięknego południowego kraju, w którym problemy jego ziomków będą daleko - a problemy lokalnych - nie będą jego problemami. Piękne podejście:) 

Pozwolił nam na swobodną eksplorację terenu, połączoną z prezentacją zbiorów, już za chwilę zaprzyjaźnił się z naszym niewielkim kundlem, tak więc - na nos - nie mógł być złym handlarzem:) 
Po obejrzeniu wszystkich eksponatów stwierdziłem, że wersja przegubowa jest nie dla mnie, gdyż posiada zbyt poważne deficyty blacharskie i pomimo bardzo dobrego silnika i napędu - nadaje się raczej do kompletnej odbudowy. Natomiast mniejszy braciszek, pomalowany w jakiś mniej typowo budapesztański sposób od razu wzbudził moją - i co równie ważne - naszą sympatię. Zachowany w całkiem przyzwoitym stanie blacharskim, dodatkowo nadal cieszący się w miarę zdrową i zakonserwowaną kratownicą, pomimo dwuletniego postoju na szczycie górki (na szczęście wśród raczej wypalonych przez słońce i regularnie koszonych krzaków) nie zdążył zgnić. 




    A może to zasługa tej górki? W każdym razie przy pomocy dwóch niewielkich akumulatorów żelowych ów autobus odpalił od strzała, w dosłownie minutę napompował powietrze (podobno sprężarka po regeneracji) i żwawo ruszył do przodu napędzany przecudną melodią, nietypowej nawet jak na lokalne warunki skrzyni automatycznej marki Praga. Ruszył i już nie wrócił - chyba tak bardzo chciał do Polski, że postanowił zepsuć sobie wsteczny bieg, stanąć i porzygać się olejem napędowym spod miejsca kierowcy... tyle było występów w teatrze Budapeszt. No cóż, nasz kustosz stwierdził że to nic, że zawór wstecznego kosztuje 20 euro, że lecąca ropucha to pewnie przegnił jakiś przewód od webasto i ogólnie, jaki to problem naprawić - kupujecie ???

    No cóż, mój entuzjazm spadł o 99%, jeszcze trochę się pokręciliśmy i pojechaliśmy, z miłym pożegnaniem - ale jednak rezygnacją. Zwłaszcza, że w okolicy byliśmy umówieni na oględziny jeszcze jednej sztuki. O której nie będę rozpisywał się wcale - był mega drogi i miał być po kompletnej renowacji, a okazał się malowanym na rdzę niejeżdżącym eksponatem, któremu "wczoraj padła pneumatyka" - szkoda na niego wierszy.

Odjechaliśmy więc w stronę ciepłego południowego słońca, ale Ikarusik od Jozsefa nie dawał mi spokoju i trochę żałowałem, że nie podrążyłem tematu bardziej. A im dłużej o tym myślałem - tym bardziej przypominałem sobie odpuszczone wcześniej egzemplarze i zacząłem się zastanawiać - czy to świat daje mi znowu znać, żebym odpuścił - czy sam sobie odpuszczam swoje marzenia, szukając pretekstu by ich nie realizować ? Czy za każdym razem - będąc prawie na mecie, znajduję sobie dziesiątki pretekstów, by jednak na nią nie dotrzeć, zawrócić - zrezygnować. 
W czasoprzestrzeni wyglądało to zapewne inaczej, ale ja pamiętam tylko tyle , że moje głębokie egzystencjonalne rozterki - trwające 2 godziny lub dwa dni, przerwał dźwięk whatsappa, na którego Jozsef przesłał filmik, którego nie da się opisać słowami - trzeba go zobaczyć i co ważne - usłyszeć:




I skoro go dostałem, choć nie pytałem, skoro skrzynia działa, a wyciek paliwa faktycznie okazał się pękniętym wężykiem powrotnym, to po prostu przelałem zaliczkę. Tym razem bez rozważania, przemyśliwania i wyszukiwania dziesiątek przeszkód. Dziś brzmi to łatwo, ale wtedy - naprawdę nie była to łatwa decyzja. Czułem się, jakbym rozginał jakieś kraty, łamał gałęzie które przez lata zasłaniały mi widok, przegryzał sznur który trzymał mnie przy budzie z napisem, napisami "jeszcze nie teraz" "nie uda się" "może następnym razem" "to ryzykowne".


Super gut - perfekt!

Po prostu - kupiłem Ikarusa. Ale ulga :) Potem już tylko musiałem przebić się przez organizację transportu, który przebiegł z wieloma utrudnieniami, podjechać na drodze powrotnej do Jozsefa - zapłacić i zrobić dokumenty, ale to wszystko była już wielka przyjemność. I materiał na kolejną historię.
Nie pierwszy raz okazało się za to, że najtrudniejszy jest zawsze pierwszy krok - potem już idzie z góki. Polecam sprawdzić ! 



 

Komentarze

  1. Piękna historia.


    Pamiętam jak Julek mi mówi że Coś do niego przyjedzie.
    Z zaciekawieniem mówi chętnie zobaczę ale nie mów co to.
    Miał być w sobotę ale ja nie mogłem przyjechać.
    Jak się okazało ikarus też nie mógł.
    Przyjechał w Poniedziałek, ja urwałem się szybko z pracy i pojechałem zobaczyć co on znów wymyślił.

    Moim oczom ukazał się Ikarus 260 który to szykuje się do zjazdu z lawety.

    COŚ PIĘKNEGO

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pierwszy i nie ostatni raz udało mi się Ciebie zaskoczyć :)

      Usuń
  2. Super-gut, perfekt! Z takim filmikiem ciezko dyskutować, cieszę się, że spełniłeś to marzenie, mimo wszystkich wieloletnich "zagłuszaczy"! Ps. Do dziś nie rozumiem czemu Lego jeszcze nie wprowadziło zestawu "Zajezdnia autobusowa" , te 30 lat temu było dla nas oczywiste, że te nasze klockowo-kartonowe autobusy trzeba zaparkowac i naprawiac :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty