Pierwszy wpis na blogu powstaje w notatniku. Nie udało mi się zainstalować wordpressa na moim hostingu, word jest przecież płatny, a ja boję się że moja wena minie, zanim przebiję się przez zawiłości instalacyjne mojego "bloga". Kto w 2025 w ogóle zaczyna pisać bloga? Przecież to przeżytek, dziś ogląda się vlogi, tiktoki, filmiki na youtubie - nikt nie ma czasu czytać słowa pisanego.


Po co w ogóle mi ten blog ?

    Pomysł na pisanie mam już od dawna. Pomysł na to o czym - codziennie inny. Nie mam pewności czy to będzie nadawało się do publikacji. Czy się nie rozwlekę tak, że nikt tego nie przeczyta. Właściwie jest spora szansa, że nikt w całości tego nie przeczyta - jak rapował Eldo - "to świat groteski, ludzie już nie chcą czytać"

Ze zdumieniem obserwuję jak bardzo wynalazek Gutenberga, który przeszedł cyfrową ewolucję zaczął zanikać - zamiast rosnąć w siłę. Wchodząc dziś na jakikolwiek popularny portal mamy zdjęcia, krótki podpis, potem clickbaity, kupę reklam i interesującą nas wiadomość na koniec. Treści - praktycznie zero. Dotyczy to praktycznie wszystkich dziedzin - od polityki (tutaj w połowie musi być filmik), przez sport (tutaj skrócik z meczu - gdzie te czasy gdy opis jakiegoś spotkania polskiej ligi kopanej zabierał dwie strony brudzącego paluchy Przeglądu Sportowego), aż po wiadomości popularno - naukowe i zdrowie. Czy naprawdę nikt już nie chce czytać?


Czy można przejechać pół Polski za niecałe cztery dychy?

    Można. Ja pojechałem dziś do Ełku. Pociągiem - a właściwie - pociągami. Tak... analogowo. Wsiadłem o 7 rano w SKM w Falenicy, przezwyciężyłem w sobie chęć wyjęcia telefonu zaraz po wejściu, zająłem miejsce i zacząłem obcinać (nie paznokcie - jak można to robić w zbiorkomie….) - trochę ludzi (jednak istnieją analogowi czytelnicy - w mojej okolicy widziałem 2 albo 3 książki w użytku), trochę okolicę - (inaczej wygląda zza szyby pociągu niż auta, jakoś tak - pięknieje). Dojechałem do DW Wschodniego, pokręciłem się, wymarzłem i doczekałem na pociąg do Białegostoku. Czysty, bezprzedziałowy, spóźniony 10 minut, pełen ludzi. Śmiesznie ustawione fotele (jedna strona w kierunku jazdy, druga w przeciwnym) dała mi możliwość obserwacji współpasażerów. Matka z dwójką ciekawych wszystkich dzieciaków, dwóch żeentelmentów popijających coś gęstego i kolorowego ze wspólnego kielonka… pomyślałem >dobrze że wziąłem słuchawki<, ale okazały się tak tandetne że "muzyka" z nich lecąca kaleczyła mi słuch nie bardziej jak okoliczne rozmowy, więc zrezygnowałem ze spotify na rzecz muzyki wagonu. Cichego, nie stukającego w rytm łączenia szyn, wyławiającego na wierzch wszelkie ludzkie konwersacje. Dzieciaki okazały się całkiem znośne, gdy minęła pierwsza ekscytacja jazdą pociągiem, a degustatorzy wysiedli w Małkini więc zapanował spokój. 

Ze zdumieniem stwierdziłem, że niepotrzebnie zabrałem książkę - zanim na dobre się rozsiadłem, odpisałem na maile (znowu ten telefon w dłoni), zdrzemnąłem się 20 minut -trzeba było powoli szykować się do wyjścia. To niesamowite, że podróż Warszawa - Białystok pociągiem trwa w tej chwili półtorej godziny. I kosztuje około 15 złotych w drugiej, ogrzewanej i komfortowej klasie. I czystej - naprawdę. Pociąg był na Wschodnim spóźniony 10 minut (zmarzłem, ale w pociągu od-marzłem), a mknąc prawie cały czas ponad 150kmh nadgonił prawie całe spóźnienie. Czy my na pewno jesteśmy w Polsce "B" ? Przesiadka na ostatniej stacji przed Białymstokiem w kierunku Ełku oznaczała, pomimo słońca, ponowne zamarznięcie na kość (kto wymyślił te piękne przeszklone ODSŁONIĘTE z każdej strony perony - tak by nigdzie nie udało się schować przed wiatrem....). 

Na szczęście Reggio do Ełku przyjechało cieplutkie i o czasie. Konduktor powiedział mi w wejściu "dzień dobry" - na chwilę przywracając mi uśmiech na twarzy, zmącony bardzo smutną wiadomością, którą otrzymałem w międzyczasie (prywatne sprawy).

Zasiadłem na słoneczku, w prawie pustym przedziale - co ciekawe ten przejazd był droższy (chyba 17 złotych), ale to wszystko oznacza, że cała wycieczka - dodając bilet na SKM nie zbliżyła się nawet do 40zł. Nie spodziewałem się takiej ceny... do Wrocławia płaciłem prawię stówę, a nie jest raczej tam dwa razy dalej...


Wszystko można - tylko właściwie- po co?

    Dobre pytanie, przecież nadal nie wspomniałem o celu tej wyprawy - ale jeśli mężczyzna w średnim wieku jedzie z gotówką, w dodatku na bilecie nie-powrotnym, na drugą stronę Polski to ma ograniczone pole manewru - druga rodzina, impreza z dawnymi kumplami, albo zakup auta. Ucinając spekulacje - ja to zdecydowanie samochodowy jestem :) Tak więc wybrałem się w ten egzotyczny - jak na zakup auta - kierunek (bo jednak z Warszawy po stare auto jeździ się najczęściej w kierunku zachodnim - wiadomo do Niemca bliżej) celem zawarcia transakcji kupna sprzedaży pewnego Forda. 

Forda, który przykuł moją uwagę na OLXie, gdyż posiadał progi (a w tym roczniku i modelu nie jest to popularna sprawa) - w dodatku wyglądały na oryginalne. Co prawda w trakcie korespondencji okazało się, że samochód sprzedaje handlarz, co zawsze obniża u mnie optymizm zakupowy o mniej więcej 75%, ale ponieważ kwota była niewygórowana, a stan obiecany - fajny, wpłaciłem w weekend 500zł zadatku i umówiłem się na środę. W poniedziałek Pan sprzedający utwierdził mnie w przekonaniu, że nie tylko ja mam oko - dzwoniło do niego 9 (tak - 9) oferentów po to samo auto, ale ponieważ był umówiony ze mną - zakał wszystkim bujać się do środy. Zadziwiająca lojalność w handlarskim świecie, ale jak pokażą następne wersy - komisant sprzedający auto jeszcze nie jednym mnie dziś zaskoczył.


Może jeszcze się okaże, że da się trafić na fajnego handlarza ?

    Przede wszystkim Pan Mariusz - bo tak nazywał się zbywca autka, zdecydowanie nalegał, że przyjedzie po mnie na dworzec. O dziwo nie kryła się za tym chęć ukrycia prawdziwego adresu prowadzenia działalności, co w swojej podejrzliwej naturze przeczuwałem- praktykowana przez wielu "komisantów" - lepiej żeby klient nie wiedział gdzie faktycznie znajduje się firma, w razie pretensji rzecz jasna. Nic z tych rzeczy - podjechał punktualnie pod stację kolejową, dał mi kluczyki i kazał prowadzić - żebym sobie sam wszystko sprawdził. Miło. 

Tym bardziej miło, że auto już na pierwszy rzut oka zrobiło na mnie niezłe wrażenie, a przejażdżka tylko utwierdziła mnie w tym stanie. Najbardziej podobało mi się co prawda, że działa ogrzewanie - w pociągu nr 2 nie było już tak ciepło, ale poza tym okazało się też że działają silnik, skrzynia, hamulce (troszkę zapowietrzone, ale po zmianie przewodów hamulcowych i naprawie zacisku może się przydać ponowne odpowietrzenie), zawieszenie, sprzęgło, a pod maską jest sucho i samochód jeździ jak powinien, skręca takoż. 

Drugie moje zdziwienie polegało na tym, że Pan Mariusz poprowadził mnie pod... własny dom, w którym w normalnych warunkach zrobiliśmy formalności i odjechałem do chaty. No, wcześniej jeszcze raz obejrzałem progi, nadkola (nie ma rdzy?!), błotniki (oryginały!), silnik (elegancko zakurzony) a innych rzeczy mi się nie chciało oglądać, bo auto po prostu wyglądało uczciwie. Schodzący klar, dziadkowe podmalowania i rdza na jednych drzwiach tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że to jest właśnie ten legendarny święty graal PO DZIADKU. Owszem, dziadek z dowodu jest z rocznika '47 i miał to auto przez 23 lata.... 

Historia, która brzmi nieprawdopodobnie, więc pisząc ten tekst wszedłem na historiapojazdu.gov.pl i zdębiałem. W 2002 roku jest faktycznie pierwsza rejestracja w Polsce i od tej pory żadnych zmian właścicielskich. Za to od kiedy gromadzone są dane o przebiegu (czyli od 2014 roku) auto co roku miało przegląd w maju i co roku stan licznika zwiększał się od 1,5 do 3 tysięcy kilometrów, dobijając do aktualnych 45tysięcy :) Pamiętając o fakcie, że liczniki forda w tych latach miały tylko 5 miejsc, więc przy 99.999 km następuje samodzielny reset, a auto w 2014 roku miało przejechane 24 tys. kilometrów jest to naprawdę niesamowicie niski wynik, nawet biorąc pod uwagę że mityczny "Niemiec" jeden reset zrobił na pewno.


Ktoś kiedyś nam wpoił, że oczekując zbyt wiele - kusimy los. A jeśli to nieprawda? Jeśli oczekując więcej - naprawdę możemy dostać więcej od Wszechświata  ?

    Wracając do samochodu, bo w końcu nie napisałem co to za cudo. Otóż wybrałem się do Ełku po mistrza zgniłej podłogi i progów, legendarnego piewcę korozji i zaniedbania technicznego, auto dobre, ale z reguły zajeżdżone - bo się nie psuło zbyt dużo, więc nie trzeba było o nie dbać - Forda Escorta z początku lat '90. Właśnie taki samochodzik nabyli moi rodzice jako pierwsze auto w 1996 roku, wtedy jako trzyletnie i to właśnie od tego modelu wzięło się moje uwielbienie dla marki oznaczanej błękitnym owalem. To właśnie takie auto prowadziłem pierwszy raz w życiu - przy akompaniamencie wrzasków Ojca (puść to sprzęgło), wyjącego silniczka 1,3 (puść to sprzęgło) i w tumanach falenickiego kurzu zdobywałem pierwsze szlify niby-kierowcy :)

Powodowany sentymentem szukałem takiego egzemplarza od dłuższego czasu - obejrzałem kilka i wszystkie nie miały progów, część nie miała podłogi, niektóre nadkoli, a jeden trafił się bez... numeru VIN (no jest w podłodze, to jak ma być - skoro nie na podłogi). Co ciekawe auto bez VINu znazałem na giełdzie Złomnika i ów trup nadal stoi tam jako "bardzo ładny blacharsko". Ech, jak można napisać "bardzo ładny blacharsko" o samochodzie, o którym wiadomo że jest zgnity w momencie, gdy widzisz go z okien przejeżdżającego drugą stroną ulicy samochodu - stopień spuchnięcia progów przypominał usta królowej życia po wczorajszym botoksie... no ale dach miał ładny. Nonen omen w zakupionym dach jest brzydki, schodzi klar. I z błotnika też. No, ale jest błotnik (nawet od spodu) - więc jest dobrze.


Czy istnieje cień szansy na to, że zakup auta nadal może być przyjemnością?

A nie wielogodzinną tułaczką po komisach, albo wędrówką po salonach, w których samochody różnią się od siebie głównie... znaczkami producentów (których przez chińską ekspansję coraz trudniej mi rozróżniać).

    Tak - właśnie taką szansę dostałem w Ełku. Więc po szybkich i sprawnych formalnościach, zapatrzony w firmową teczkę z dokumentami, identyczną jak smycz przy kluczykach z logo komisu - fajny pomysł :) mogłem wyruszać w drogę powrotną. I jak tylko usiadłem w fotelu Escorta, tak już samemu - chwilę się rozejrzałem, przekręciłem kluczyk- poczułem jakbym cofnął się w czasie 30 lat. Podobno budowa wehikułu czasu jest niemożliwa, ale są takie chwile w życiu gdy wspomnienia są trochę czytelniejsze, a mgła je osnuwająca rzadsza - to była ta chwila. Nawet zapach tego auta wewnątrz pasował do wspomnień sprzed prawie 30 lat. Nie da się tego opisać słowami, ale naprawdę był to prawdziwy flashback w 4K.

Przejechałem przez Ełk po drodze tankując (choć - wbrew powszechnym praktykom "komisantów" - tutaj paliwa nie było prawie "zero" - a w bagażniku pozostał trójkąt, gaśnica, apteczka, komplet żarówek, nawet pompka pozostawione przez emeryta) i wyjechałem na S-kę. I muszę przyznać szczerze, że pomimo że na co dzień jeżdżę też autami z klimatem i raczej stronię od bezpłciowych nowych wynalazków spod sztancy, które różnią się tylko znaczkami - tutaj naprawdę poczułem klimat pięknych lat dziewięćdziesiątych. To, jak pracuje silnik tego escorta, sprzęgło, kierownica, a nawet - dźwigienka od kierunkowskazów czy regulator szybkości wentylatora, to coś czego nie da się podrobić cyfrowo. Porównałbym to do uczucia, gdy trzymasz w ręku starą, czytaną już parę razy książkę, taką z tych ulubionych - przewracając strony, czujesz szorstkość poszarzałego papieru i charakterystyczny zapach. W takiej książce nie rozłamujesz nigdy grzbietu do końca - bo nigdy nie był tak rozgięty i trochę się boisz, że resztka kleju puści i kartki stracą swą integralność. W takim aucie nie wciskasz gazu do dechy i nie piłujesz silnika na obrotach - zmieniasz biegi płynnie, szanując sprzęgło, a wyprzedzasz na spokojnie - wówczas gdy jest naprawdę na to czas.

W połowie drogi zjechałem z Ski na starą dobrą drogę [50]. Nie chciało mi się przepychać z elektrykami, suvami i bmkami. Jechałem sobie spokojnie 90 przez lasy i 50 przez miasteczka. Minąłem Łochów, Stanisławów, Mińsk i za chwilę byłem w domu.


Happy end?

    Niszowość i mała poczytalność ma swoje prawa - zamiast clickbaitu i trzęsienia na ziemi na koniec, połączonych z wątkiem religijnym/politycznym/każdym innym wywołującym burzę - mogę sobie pozwolić na staromodne "żyli długo i szczęśliwie"

Sprzedawca zadzwonił jak tylko wszedłem do mieszkania - jak tam podróż, czy wszystko OK - zdziwiony, że już dotarłem. Ja też się zdziwiłem, że to już. Podróżując w magii starych pokręteł, zachwycając się deską rozdzielczą z namalowanym niedużym autkiem, wciskając mięciutkie sprzęgło i zmieniając biegi - które są dokładnie tam, gdzie powinny być - wyłączyłem radio. Takie z kieszenią, które należy zabrać do domu, żeby nie ukradli. Na szybach mam oznakowanie SOMERW, więc czuje się bezpiecznie po zaparkowaniu, aż dziw bierze że właściciel nie zamontował dodatkowo obejmy Mul-T-Lock :) Przejechałem tą trasę z prawdziwą przyjemnością - nie ścigając się z nikim, dotarłem wcześniej niż się spodziewałem, w dodatku pamiętam z niej prawie wszystko i mam nieodpartą chęć zejścia na dół i włączenia choćby świateł mijania, by usłyszeć ten cichutki klik generowany przy tym przez manetkę. Jak w '96 roku - gdy zakupiony przez naszych rodziców Escort służył nam przez pół zimy jako plac zabaw w garażu, bo ojciec dopiero kończył robić prawo jazdy :-) piękne czasy.

Na koniec, dla tych którym chciało się dotrwać do końca lub po prostu - przewinęli- dodaję zdjęcia owego cudu :)











Komentarze

  1. We wtorek się widzieliśmy i nic nie mówiłeś że lecisz do Ełku ;)

    Bym się przejechał na krzywy ryj (jak zawsze) ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, czytam ze wzruszeniem. Na dniach będę u Dziadka i z przeogromną przyjemnością przekażę mu, iż jego samochód trafił w dobre ręce i mógł kogoś ponownie uszczęśliwić. Ford był jego oczkiem w głowie, nie pozwalał w nim nawet jeść haha. Niestety stan zdrowia już nie pozwala wsiąść mu za kółko, tudzież na pewno się ucieszy, że fordzik dalej na chodzie i u kogoś kto go doceni jak on. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jakimi kanałami ten opis dotarł pod właściwy adres - ale niezmiernie się cieszę. Proszę koniecznie pozdrowić Dziadka i podziękować, że latami tak bardzo dbał o auto - mamy plan na powolne przywrócenie mu fabrycznej świetności, proszę śledzić nasze relacje na blogu lub FB - z pewnością autko jeszcze nie raz się tam pojawi. Oczywiście u nas również obowiązuje całkowity zakaz jedzenia w środku :)

      Usuń
  3. Julianie, w tym momencie kiedy opisałeś uczucie napływających wspomnień w Fordzie, przypomniałeś mi moment, kiedy ja wsiadłem do swojego "nowego", niebieskiego Scorpio MK1, po dziesięciu latach wyrwy z gruzowatymi dwójkami i poczułem się tak samo, jak wtedy, gdy namawiałem ojca usilnie, żebyśmy kupili w 2006 naszego pierwszego zielonego GL, włączył się we mnie stan permanentnego uczucia jakiegoś dawnego, od dawna nieodczuwanego relaksu.
    wiele osób uważa nasz stosunek do tych samochodów, za przejaw kompletnego świra, cóż może jestem, a w sumie jesteśmy świrami a nasze miejsce jest w Tworkach, gdzie z tego nie leczą, nie wiem :). Ja miałem poczucie, że fotel w tym samochodzie znów mnie przytula, tak jak kiedyś jak padał deszcz przy Zamku Książ, było cholernie zimno, a ojciec przyjechał po mnie swoją taksą 666 i roztopiłem się w ciepełku, na beżowych welurkach, a z Ford Sound 2000 leciał właśnie album rapowy Bez Cenzury - Klasyk, czasem jeszcze załapię takie flashbacki, że aż wsiadłby człowiek, pojechał do garażu po nocy, odpalił te Scorupę i wyjechał gdziekolwiek...
    Ps. Musiałem po przynudzać, wybacz, tekst świetny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takich chwilach, jak nawijał klasyk -
      "Kto pił życia nektar zna ten smak
      To chwila, a pamiętasz - jak pachniał wtedy świat
      Znasz gęstość powietrza odcień czerni
      W tych momentach czapki z głów nawet niewierni".

      Dla takich chwil warto żyć, kolekcjonować je w zakamarkach głowy i odpalać - w najmniej odpowiednim momencie. Niektórzy mogą faktycznie myśleć, że to choroba, ale to tylko biedni ludzie - którym tego typu uczucia są po prostu obce. Tak więc należy wspominać i cieszyć się tym, co było i co będzie - bez względu na opinię ... niewiernych ? :)

      Usuń
  4. Fajny wpis. Bardzo miło się czytało w piątkowy wieczór. Przywołał wiele wspomnień, co prawda nie Ford-owskich, a (z racji mojego wieku) FSM/FSO-owskich, ale równie wspaniałych :) Gratuluję zakupu! Super auto, kawał historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję - pretekst do wspomnień jest w zasadzie dużo mniej istotny, niż same wspomnienia :) ważne, że stanowi bodziec, który je przywołuje - a wraz z nimi czasy, do których tak chętnie wracamy...

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty