Nigdy - przenigdy - nie otwieraj maski w samochodzie, który właśnie kupiłeś i którym jedziesz do domu.
Tytuł tego wpisu miał być inny, ale po napisaniu całości postanowiłem go zmienić, jako najważniejsze przesłanie płynące z niniejszego tekstu. Może ktoś kiedyś mi podziękuje. Albo podziękuję sobie sam.
Przeglądanie portali aukcyjnych weszło mi w krew. To chyba jakaś postać nałogu lub chociaż delikatnego uzależnienia. Co prawda tęsknię za czasami, gdy kupowanie auta za granicą było okraszone hazardową nutą - prawdziwe licytacje na ebayu, które 10 lat temu były normą w Anglii i Niemczech dziś odeszły do lamusa. Nadal da się licytować pojazdy w specjalnych portalach ubezpieczycieli, ale to już nie to samo, jak kupowanie samochodu z podwórka jego właściciela, który wystawił je od jednego euro/funta i po prostu czeka "kto da więcej".
Nie wiem kiedy i dlaczego to zjawisko praktycznie zniknęło - może to przez modę na "janktajmery", która sprawia że teraz każdy ledwo trzymający się kupy złom jest od razu uważany za wielkiego klasyka - takiego, który wart jest tysięcy zagranicznych monet. I który z reguły najpierw miesiącami się nie sprzedaje, bo jest za drogi, potem - nie sprzedaje się, bo "będę robił", potem po setnej obniżce bierze go handlarz, który nawet nie ściągając z lawety - wystawia go znów na rynek w podwojonej cenie. Karuzela trwa, auto pod chmurką gnije - i w końcu dobiega swojego żywota pod jakimś płotem, aż komuś znudzi się ta robota w kółko i oddaje je na złom za psi grosz. Szkoda, bo sporo pojazdów naprawdę w ten sposób bezpowrotnie ginie z naszych ulic, a w dobie powszechnych niedoborów, mody na ekologię, postępującej ekspansji samochodopodobnych wyrobów z Chin - naprawdę wiele z nich mogłoby jeszcze cieszyć oko lub po prostu - stanowić porządny i niedrogi środek transportu.
Jak dziś pamiętam całkiem porządne Scorpio z rocznika 1998 za niecałe 600 euro kupione w jakiejś podberlińskiej miejscowości - załatwiłem wtedy z Polski "żółte tablice", wsiadłem w pociąg i odebrałem przyzwoity kawał żelaza w cenie daleko niższej, niż wtedy kosztowało to w Polsce. Z tego co pamiętam, zbywca wyjechał po mnie nawet na dworzec i przywiózł do swojego domu celem finalizacji transakcji. Podobny manewr powtarzałem kilkukrotnie- zdarzało mi się tak licytować auta również za kanałem La Manche. Do dziś pamiętam wyprawę, chyba moją pierwszą lub drugą wizytę w UK (o moim doświadczeniu świadczyć może fakt, że postanowiłem wówczas wymieniać walutę na Okęciu - bo przecież tam też są kantory... nigdy tego nie róbcie :) Nigdy nie przypuszczałem, że lotnisko im. Robina Hooda w okolidach Doncaster w Anglii będzie wyglądało jak przerośnięty dworzec PKSu, a chwilę po lądowaniu samolotu nie spotkam tam żywej duszy, która mogłaby poratować choćby instrukcją jak dotrzeć do autobusu, który miał stamtąd kursować. Pomimo wielu perypetii, wkurzenia sprzedającego który musiał na mnie czekać godzinę lub dwie dłużej niż planował (bo niby dlaczego PO PROSTU nie wziąłem taksówki z lotniska... może dlatego że kosztowałaby ze 30 GBP, a autobus kosztował pewnie ze 3) - wówczas też kupiłem Scorpio za kwotę w okolicy 600 GBP. I to nie byle jakie - było to scorpio w wersji przedłużanej Dorchester - pochodzące z manufaktury, specjalizującej się po dziś dzień w produkcji karawanów pogrzebowych i aut do obsługi uroczystości, które są zdolne do przewozu większej liczby (żywych) osób.
Pamiętam, jak fajny to był egzemplarz - z niewielkim przebiegiem, fajnie wyposażony - min. w skórzaną tapicerkę i dodatkowe ogrzewanie tyłu, bardzo mało zużyty - skrzynia biegów i silnik pracowały w nim jak nowe. Pojeździłem nim trochę, obsłużyłem nawet z jedno wesele, trochę się pocieszyłem - ale nie mogłem zarejestrować. Mimo pism do ministerstwa transportu, występów z nim telewizji czy poszukiwaniu innych sposobów na rejestrację "anglika" - czyli auta z kierownicą po nienormalnej stronie - nie udało się. Jaśnie oświecony organ pod wodzą wspaniałego Sławka Nowaka, ps. Rolex - uważał rejestrację mojego egzemplarza, nawet w trybie odstępstwa od ustawy - za mogącą wpłynąć rażąco na bezpieczeństwo ruchu drogowego w Polsce, przyczynić się do zwiększenia liczby ofiar i niemalże zagrozić polskiemu rynkowi motoryzacyjnemu. Bo gdyby tak pozwalali rejestrować "angliki" to zalałaby nas fala tańszych samochodów z Wysp, dealerzy nowych poszliby z torbami i nasz transport legł by w gruzach.... kilka lat później wreszcie zmienili przepisy i jakoś nic z powyższych nie nastąpiło, ale wtedy to był nie lada kłopot.
Zostałem więc przymuszony do "przekładki" - spędziłem pół zimy najpierw na demontażu przodu Scorpio, wraz z silnikiem i skrzynią, szybą czołową i ścianą grodziową, potem na uzbrojeniu wszystkiego na nowo i przekładce elektryki. Zeszło mi na to sporo czasu, nawet się udało - ale ja szczerze mówiąc... straciłem gdzieś po drodze całe serce do tego auta. W oryginale - miało swój urok, taki podsycany dziewiczą oryginalnością - po konwersji na wersję kontynentalną - zupełnie go stracił. Sprzedałem go więc po jakimś czasie w świat, świat który miał nim jeździć, a zgodnie z tym, co pisałem we wstępie - postanowił go zgnić. Podobno ktoś go widział, wrastającego na jakimś polu - szkoda, ale taki los nietypowych pojazdów, które trafiają w niewłaściwe ręce.
Minęło parę lat, Zjednoczone Królestwo opuściło szeregi Unii - a ja zorientowałem się, że to chyba ostatni moment na znalezienie podobnego Dorchestera w jednym kawałku.
Przeglądałem więc - znów - ebay i marketplace, w poszukiwaniu czegoś ciekawego, ale zgodnie z zasadą dotyczącą samochodów - jak szukasz czegoś konkretnego to na pewno nie znajdziesz - przestań- a znajdzie się samo, albo dwa :) - więc najpierw nie było nic. Tylko jakieś nowsze wersje, oparte już o australijskie modele Forda... ale potem pojawił się On. W absurdalnej cenie, w nieznanej mi całkowicie południowo - zachodniej Anglii. Stał, błyszczał się i nie chciał stanieć. Nie zagadywałem - dla handlarza zagadywanie o auto to sygnał, że jest dużo warte. Liczyłem na niewielkie zainteresowanie, pogorszenie pogody i handlu autami z końcem roku. W końcu cena drgnęła. Poprosiłem o dokładniejsze fotki - o dziwo sprzedający chętnie je przesyłał, łącznie z filmami - to raczej rzadkość wśród handlarzy, jeśli o auto pyta ktoś kto ma do niego więcej niż 500km. Zawsze przecież jest szansa że jak przyjedzie to i tak już kupi. A jak przyleci - to już w ogóle, bo jak wróci do domu?:)
Co ciekawe ten egzemplarz miał nie mieć korozji. Dla obcujących z autami koncernu Forda brak korozji w samochodzie już 3 letnim jest czymś raczej nienaturalnym, a co dopiero jeśli myślimy o samochodzie, który ma ponad 30 lat. Niemożliwe - kłamstwo, celowe lub na zasadzie - nie chce mi się schylać do progów/nadkoli. Gdzieś pokątnie obiło mi się o uszy, że do samochodów o wartości poniżej 3 tysięcy euro handlarz nie brudzi sobie kolana schylaniem :) - ten sobie jednak ubrudził. No i wyglądało na to, że mówi prawdę. Oczywiście, zdjęcia zawsze można zrobić tak - by tego co ważne - nie było widać, ale tutaj otrzymywałem odpowiedź na praktycznie każdą prośbę. Gorzej, że od momentu mojego zainteresowania - cena już przestała spadać, no ale to przewidziałem.
W każdym razie po targach, prośbach i groźbach... kupiłem bilety do Bristolu i ruszyliśmy silną 3 osobową załogą na zakupy. Z tym Bristolem to miał być prawdziwy luksus, bo z międzylądowaniem w Mediolanie - ale okazało się, że linia EasyJet jest obsługiwana na terminalu, który z grubsza przypomina bardziej obskurny terminal warszawskiej Etiudy w 95 roku, niż stolicę europejskiej mody. Tak więc nasz przystanek na terenie Italii, który miał trwać prawie 7 godzin i dać nam czas na drzemkę- wyglądał raczej jak koczowanie na zimnym, brudnym i wyglądającym na średnio bezpieczny- dworcu kolejowym...
Tym niemniej z opóźnieniem wylądowaliśmy w końcu w Bristolu, wzięliśmy Ubera i udaliśmy się na farmę, na której miało stać "nasze" Scorpio. W sumie, to nie wiedziałem że to będzie farma, ale odnoszę wrażenie, że jeśli coś nie jest w okolicach Londynu, a jest w Anglii i sprzedaje się tam samochody to musi być to jakaś farma. Nasz kierowca z każdym pokonanym kilometrem wydawał się być coraz mniej zadowolony z obranego przez nas kursu i jego wizja szybkiego i dobrego zarobku topniała powoli, by stopnieć całkowicie do postaci błota w którym... zakopał swoją wspaniałą elektryczną tojotę w drodze na ową farmę. Oczywiście zrobił to w miejscu, w którym nie dało się zawrócić - choć mówiłem mu, że wjeżdżanie w ten skrót to chyba nie jest najlepsza "gudajdija". Na szczęście w jakiś cudowny sposób udało mu się nie ugrzęznąć całkowicie, ale brak możliwości zawrócenia oznaczał dla niego konieczność cofania przez dobry kilometr, który pomimo kamer i lusterek wyglądał jakby ów driver robił to po raz pierwszy. A może żeby zostać kierowcą ubera dostaje się jakieś specjalne prawo jazdy, które nie obejmuje konieczności umiejętności cofania? Nieistotne. Podróż na lewym przednim siedzeniu pojazdu z kierownicą nie po tej stronie, po wąziutkich uliczkach jakiś angielskich wiosek i tak była dla mnie dosyć stresująca - zwłaszcza w obliczu wyczynów "polskich" uberowców, które miałem w głowie - więc w sumie nie oceniam tego kierowcy najgorzej. Prowadził dość pewnie i finalnie dowiózł nas na miejsce, choć było widać że ma nas trochę dość, a po zaparkowaniu pod domem sprzedawcy wyszedł i zaczął narzekać, że błoto ubrudziło mu jego białe auto. Cóż, taki macie tam klimat w tym UKeju, nie ?
W końcu jednak dotarliśmy na miejsce i okazało się, że stan blacharski Scorpio to nasz najmniejszy problem. Może dlatego, że naprawdę auto okazało się być bardzo zadbane, a śmieszny przebieg - prawdziwy. Nie wiem jakim cudem w surowym klimacie UK, w miejscu z którego do Walii jest z 10 razy bliżej niż do Londynu - uchował się taki rodzyn. No, ale się uchował. Co prawda w bagażniku miał kupę wody, ale to złożyliśmy na karb... wykonanej z plastiku klapy tylnej. Okazało się bowiem, że oglądany egzemplarz scorpio pochodzi z czasu, kiedy wersji sedan nie było jeszcze na rynku i fabryka Coleman Milne, która "wydłużyła" normalne scorpio - zrobiła również całkowicie autorsko cały tył auta, nadając mu kształt sedana (zamiast pierwotnego liftbacka) - a to jeszcze bardzo ucieszyło moją graciarską duszę. Tak więc po dodatkowych, średnio udanych - ale jednak zakończonych- negocjacjach - podpisaliśmy papiery i hop do domu. Koniec historii. To byłoby zdecydowanie zbyt proste i... niewarte opisywania, prawda ?
Cudze chwalicie, swego nie znacie... więc Polacy nie gęsi i .... swoje -dobre przepisy - też miewają.
Czy próbowaliście kiedyś opłacić podatek drogowy w Anglii z polskiego rachunku bankowego, względnie - polską kartą debetową ? A może udało się Wam zawrzeć umowę ubezpieczeniową na 1 dzień w jakimkolwiek brytyjskim towarzystwie ubezpieczeniowym, nie posiadając angielskiego adresu i brytyjskiego prawa jazdy. Jeśli tak to gratuluję - nam się nie udało:)
Pomyślmy, jak to wygląda w Polsce. Chcesz sprzedać auto obcokrajowcowi - obojętne z jakiego kraju - unijnego, albo spoza Unii. Piszecie umowę, dla bezpieczeństwa załatwiasz nabywcy ubezpieczenie w pierwszej lepszej ubezpieczalni (choć tak naprawdę przez 30 dni może używać Twojego), nowy właściciel wsiada w auto na Twoich tablicach rejestracyjnych (no - możecie pojechać po czerwone do urzędu, jeśli bardzo mu nie ufasz - nie ma problemu). I do domku. Nie w UK. Tutaj stosunek do niedobrych "obcych" nie objawia się tylko w dramatycznym, nieprzygotowanym i wychodzącym finalnie miejscowym "bokiem" - brexicie. Tutaj mając tylko polskie dokumenty nie załatwisz praktycznie niczego....
Na szczęście po kilku zabiegach, opłaceniu Road Taxu przez zbywcę, wykombinowaniu ubezpieczenia dzięki niezawodnym polskim agentom - ruszyliśmy w drogę do Dover. Tak na wszelki wypadek gorszymi drogami, na których nie ma skanerów tablic - licho w końcu... nie śpi. Trasa przebiegła przepięknie. Oczywiście pozostaje żałować, że tradycyjnie dałem się ponieść swojej przeorganizowanej naturze i zarezerwowałem prom na koniec dnia - co sprawiło, że musieliśmy się na niego trochę spieszyć - co nie pozwoliło nam na zwiedzanie choćby Stonhenge, które mijaliśmy obok. Ale może to i lepiej - bo nadal stoi, a tak to wiadomo, mogłoby skończyć się jak u Griswoldów - w końcu mieliśmy kierownicę po dziwnej stronie. Tym niemniej trasa minęła bardzo przyjemnie, pomimo słabego ogrzewania w części tylnej auta - co powodowało, że to przednie chodziło prawie na maksa... czyli piach w oczach i suche gardło non stop. Rekompensował to zdecydowanie stan silnika, skrzyni, układu kierowniczego - to Scorpio prowadziło się niemalże jak nowe. Nie przetarta kierownica, nie wysiedziane fotele - już nie pamiętam, kiedy prowadziłem tak mało zużyty egzemplarz. Nawet sposób, w jaki działają w nim dźwigienki kierunkowskazów i wycieraczek - z wyczuwalnym oporem i kliknięciem, przywodzi na myśl że znów jesteśmy w roku 1990 i odebraliśmy auto z salonu.
Tuż przed przybyciem na prom (tak - idealnie o czasie) dostaję filmik z drugim przedłużanym Scorpio w roli głównej. Zapomniałem wspomnieć, że zgodnie ze swoją złotą zasadą - przy tak dalekich podróżach, staram się zabezpieczyć backup w postaci co najmniej jeszcze jednego, najlepiej dwóch samochodów w okolicy - tak by nie być skazanym na jedno auto w razie porażki i móc czym wrócić do domu - nie wracać na pusto. Wiele razy ratowało mi to choćby koszty podróży, albo uwalniało od konieczności brania hotelu, ale tym razem ... sprowadziło szereg komplikacji. Porządny szereg. Ale wszystko w swoim czasie.
W każdym razie ów filmik otrzymałem na telefon stojąc w kolejce na prom, choć prosiłem o niego ze dwa dni wcześniej. Auto, które w momencie zakupu stało od nas jakieś 30 minut drogi, teraz stało od nas jakieś 4 godziny jazdy, więc jego oględziny nie wchodziły w grę - było ciemno, zimno i do domu daleko... ale wbiło mi się w głowę. Na filmie bardzo miła właścicielka demonstrowała, że auto pomimo niewielkiego wycieku ze skrzyni - porusza się po placu, jeździ również na wstecznym i ogólnie jest zdatne do jazdy. Poza tym ma bardzo zadbaną i niespotykaną jasną tapicerkę wewnątrz - robioną w całości ręcznie, podobnie jak wszystkie "drewniane" dekory. Drugi czynnik, który spowodował zapalenie się lampki "chcę go" w głowie - była cena, wynosząca połowę tego, co zapłaciłem tego samego dnia rano. Tak więc niewyspanie, żyłka handlarza, do tego myśli w stylu "więcej takich nie ma", "bierz póki gorący" i... nieszczęście gotowe - wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, albo nie chciałem o tym pamiętać. A przecież tyle razy sobie obiecywałem, żeby brać wróbla i uciekać, a nie jeszcze - próbować łapać gołębia na dachu, trzymając dwie wrony za ogon. Czy jakoś tak:)
Nadmiar kombinowania. Czyli dobre złego początki.
Czuję, że opowieść się rozwleka, dlatego sprawy organizacyjne - przedstawię w wielkim skrócie. W każdym razie zjechaliśmy w Dunkierce na nasz ukochany ląd i pojechaliśmy bezpiecznie w kierunku Niemiec. Niestety zasiane ziarno w postaci drugiego scorpio - nie dawało mi żyć. Zacząłem kombinować - postanowiłem, że zrobimy nocleg na terenie Niemiec, celem lekkiej regeneracji i zobaczenia czegokolwiek "po drodze". Będąc w kwaterze skontaktowałem się z właścicielką drugiego scorpio, ustaliłem z nią że auto jest fajne i dojedzie do Polski i... zarezerwowałem bilety Berlin - Cardiff . Zapomniałem wspomnieć, że na wyprawie byliśmy we trójkę, więc umówiliśmy się że kolega pojedzie na kołach zakupionym Scorpio do Polski - po drodze my wysiądziemy na lotnisku w Berlinie i polecimy z powrotem do UK.
Przy okazji muszę wspomnieć o wspaniałym miejscu, które właśnie dzięki Łukaszowi odwiedziliśmy - zabytkowej zajezdni tramwajowej "Classic Remise", która pełni rolę jednoczesnego muzeum i ekspozycji samochodów zabytkowych z różnych epok i krajów. Wiele z nich można tam kupić, do tego mnóstwo jest tam eksponatów około - motoryzacyjnych, ale przede wszystkim - to miejsce ma niesamowity klimat, podsycany super wnętrzem, które sprawia że naprawdę można spędzić tam długie godziny... trzeba też dodać, że znajduje się tam kilkanaście wyposażonych i działających warsztatów, naprawiających klasyki, do tego odbywają się różne imprezy, a ponadto... wejście jest całkowicie za free. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto kocha motoryzację i będzie w Berlinie!
Wracając do naszej wyprawy -do tej pory wszystko szkło gładko. Połaziliśmy po muzeum, Łukasz odwiózł nas na przepiękne nowoczesne lotnisko Williego Brandta, na którym mieliśmy spędzić kilka godzin w oczekiwaniu na lot. Było to chyba pierwsze i ostatnie lotnisko na tej trasie, na którym było wszystko, czego potrzebowaliśmy - od niedrogiego jedzenia, przez dużo wygodnych miejsc do drzemania, po czyste toalety. Czy można chcieć czegoś więcej od lotniska? Może punktualnego samolotu, ale to już raczej nie wina samego lotniska...
Czas oczekiwania na lot przerwała mi wiadomość od sprzedającej, że mieli w okolicy powódź, musi iść pomóc sąsiadce i ogólnie to przemyślała temat - nie sprzeda mi tego samochodu. Czujecie - bilety kupione, nasze pierwsze scorpio już pewnie koło Poznania, a tutaj taka wiadomość. No cóż, rozumiem wszystkie przypadki losowe, ale jednak odpisałem sprzedającej że siedzimy na lotnisku, bilety kupione i ogólnie lecimy do niej tak czy siak, bo przecież mieliśmy umowę. I po co mi to było... dziś już wiem - że to był kolejny sygnał ostrzegawczy, który oczywiście - zignorowałem. Kolejny, nie oznacza, że ostatni - prawda?
Los prowokujesz - tym jak się zachowujesz /Sokół/
Kiedy wreszcie nasz samolot postanowił zabrać nas na pokład i odlecieliśmy w pięknych turbulencjach w kierunku nieprzyjaznej pogodowo Wyspy - nie odczułem ulgi, ale raczej niepokój - co takiego jeszcze się zdarzy. Na szczęście bezpiecznie wylądowaliśmy w Cardiff i poszliśmy szukać autobusu, którym mieliśmy dostać się na dworzec kolejowy, z którego kursował pociąg do miasteczka naszej sprzedającej. Pogoda naprawdę przestała rozpieszczać, wiało, padało i był wczesny ranek, więc bardzo ucieszyłem się na podgrzewany przystanek. Autobus podjechał o czasie, a uprzejmy kierowca powiedział, że da nam znać gdzie mamy wysiąść. Tak też się stało, dotarliśmy do centrum Carfiff o czasie i piechotką poszliśmy w kierunku dworca kolejowego. A ponieważ mieliśmy jeszcze pół godziny zapasu - wskoczyliśmy na kawę do sympatycznej przydworcowej kawiarni i obserwowaliśmy ze zdziwieniem miejscowych, którzy pomimo zimna tłumnie wylegli na ulice w krótkich spodenkach i bluzeczkach, bo na moment wyszło słońce - podczas gdy my siedzieliśmy w kurtkach i czapkach :) cóż - z reguły to my gdy pojedziemy gdzieś na południe w marcu robimy za lokalną sensację. Miejscowi chodzą wtedy w grubych kurtach - a dla nas, wymrożonych polską zimą 20 stopni w słońcu to prawie lato i pogoda na krótki rękaw. Tutaj było odwrotnie.
Posileni poszliśmy spacerkiem na dworzec, do którego drogę zagrodziły nam dwie przesympatyczne panie, mówiące w sposób który rozumiałem (w Walii mniej się tego spodziewałem) - że była powódź, tory zmyte i ogólnie - pociągi nie jeżdżą, może jutro je przywrócą albo i nie. Fajnie. Czy gdzieś tutaj wspomniałem o czerwonych lampkach ? Niech to będzie czerwona lampka nr 3, którą oczywiście zignorowałem - zacząłem wnikać, czy jest jakaś komunikacja zastępcza, busy.
Zostaliśmy bardzo miło skierowani na niewłaściwy dworzec autobusowy. Z którego równie miły pracownik przekierował nas na inny dworzec autobusowy. Niewłaściwy. Widzicie kolejne lampki ? To już cała girlanda :) ale... zobaczyliśmy jakiś autobus przy drodze i postanowiliśmy zapytać jego kierowcy, a właściwie kierowczyni - czy nie wie jak dostać się do pewnej niewielkiej miejscowości... I bardzo miła pani stwierdziła, że wie - bo tam mieszka, jej autobus dojeżdża niedaleko i po jednej przesiadce będziemy na miejscu. Wszystko z uśmiechem - w zrozumiały sposób - więc mega zadowoleni kupiliśmy bilety i - w drogę.
Przeciskaliśmy się dobrą godzinę po wąskich walijskich uliczkach, prowadzących przez kolejne wioski i naprawdę zacząłem doceniać umiejętności pani kierowczyni- nie wiem czy dałbym radę mieścić się tak na milimetry jadąc osobówką - tymczasem Ona robiła to autobusem. Po dojechaniu na jakiś większy przystanek dostaliśmy info, żeby wyjść i przejść do autobusu o jakimś tam numerze. Podziękowaliśmy serdecznie za jej pomoc i tak też zrobiliśmy - zajęliśmy miejsca w autobusie wskazanej linii i nawet udało się nam pomachać naszej dotychczasowej kierowczyni przez okno. Ta odmachała nam z uśmiechem, który nagle zmienił się w lekką konsternację, potem przerażenie - aż w końcu pani kierowczyni wybiegła ze swojego autobusu, przebiegła przez barierki do nas i powiedziała, że owszem - linia się zgadza, ale jej kierunek - jest zły :) Podziękowaliśmy za czujność i zmieniliśmy busa. Naprawdę niesamowite, jak czasami zupełnie obcy ludzie są gotowi pomóc zagubionym turystom. Za chwilę ruszyliśmy we właściwym kierunku i co ciekawe - zdążyliśmy jeszcze ze 4 czy 5 razy przeciąć trasę naszego dotychczasowego autobusu i pomachać naszej wybawicielce :) aż w końcu zjechaliśmy na jakąś estakadę i za kwadrans mieliśmy być na miejscu.
Wysłałem więc sprzedającej wiadomość, że się zbliżaMY. Odpisała mi dziwnie zaniepokojona - że jacy MY, że do tej pory pisałem w liczbie pojedyńczej. Wytłumaczyłem jej, że podróżujemy we dwoje - ale wydawała się być zdziwiona i poprosiła... o nasze zdjęcie. Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w ktróej sprzedający prosi mnie o takie coś, ale w sumie - co mi szkodzi, wysłałem. Odesłała swoje - a potem jeszcze jedno, stwierdzając że na pierwszym była smutna:) ale podziękowała i powiedziała, że wyjdzie po nas na przystanek. Ostatecznie się jej nie dziwię - zaprosiła nas do domu, w którym była sama, a w UK od pewnego czasu jest "trochę" mniej bezpiecznie, niż dawniej...
Ile jeszcze musi się wydarzyć, żeby siebie samego przekonać, że może warto odpuścić?
Samochód stał odpalony na podwórku. Podobno od co najmniej od 3 godzin. Nie znoszę, gdy samochód stoi odpalony, albo był przed chwilą przepalany jak jadę go oglądać. Ale tutaj - siła wyższa, podobno stał trochę w garażu i mechanik podjechał odpalić go z kabli. No, ale 3 godziny? To była kolejna czerwona lampka, której nie zauważyłem lub nie chciałem zauważyć - zrobiłem to dopiero, pisząc ten tekst. Przecież 2 dni wcześniej dostałem filmik jak jeździł...
Na żywo wrażenie zrobił na mnie średnie - był na pewno bardziej zardzewiały, niż ten kupiony wcześniej i widać było po nim, że ktoś go używał nieco intensywniej. Ale wnętrze było kompletne, ogrzewanie wewnątrz działało, na dworze było zimno, a wyciek o którym pisała sprzedająca nie mógł być aż tak wielki, bo pod autem była tylko niewielka plama. Szybkie papiery, płatność i - hyc na prom! Taki był plan, ale powiły się pewne zgrzyty.
Zgrzyt pierwszy
Tankowanie tuż za rogiem, no bo bak pusty. Podjechałem pod dystrybutor, zatankowałem, no ale że auto długie, stacja mała - przydałoby się cofnąć. Wsteczny nie działa. Niby próbuje, ale się nie zapina. Po kilku przygazówkach - zapiął. Cofnąłem, druga korekta. Brak wstecznego. Tak już na dłużej... więc szybkie pchanko i w drogę.
Zgrzyt drugi
Tuż za miastem skrzynia postanowiła wrzucić 3 bieg. Długo się nie udawało, w końcu bum - wskoczył i nawet trzymał. No, ale skrzyżowanie - światła - ruszam. Znów jest jedynka, dwójka - trójka dopiero po czasie. Zjeżdżam więc na pierwszy parking i sprawdzam poziom oleju w skrzyni - w normie, a przecież miał uciekać... Jedziemy dalej, wyjeżdżamy na autostradę. Trójka pojawia się po czasie - no spoko, tą stówkę da się jechać i na dwójce.
Zgrzyt trzeci. A raczej pisk.
Zaczyna piszczeć pompa wspomagania. Najpierw przy manewrach po jakiś rondach. Potem przy zmianie pasa. Zatrzymuję się. Zbiorniczek na płyn wspomagania pusty, ale wiedząc że rzekomo skrzynia biegów gubi olej - na stacji kupiłem też dwie banieczki ATF. Wlewam jedną, wchodzi prawie cała, czekam chwilę, odpowietrzam - wchodzi resztka bańki. Myślę sobie... jest słabawo, no ale może było mało. Przejeżdżam 15 kilometrów i zaczyna piszczeć pompa.
Zgrzyt czwarty
Zatrzymuję się. Zbiorniczek wspomagania... prawie pusty. Po prawie litrze płynu wlanym chwilę temu. Wlewam drugą bańkę, wchodzi 3/4, chwilę stoję - patrzę, że kapie z przewodu ciśnieniowego. Mocno kapie. Potrzebuję to obejrzeć z bliska i zaopatrzyć się w płyn. Na najbliższą stację dojeżdżam bez wspomagania, z piszczącym paskiem. Którym napędzana jest też pompa wody...
Zgrzyt piąty.
Ubrałem się na wyjazd po stare auto w białą bluzę. Lubię ją - jest długa, ma kaptur, ciepło w niej. No, ale muszę wejść pod auto, więc podwijam rękawy, podkładam dywaniki i nurkuję. Wyciek z zakuwanego przewodu - tak jak myślałem. Wykupuję na stacji zapas ATF, uszczelniacz do chłodnic i poxilinę. Uszczelniacz ładuję pierwszy, potem ATF. Jadę z duszą na ramieniu do kolejnej stacji. Jeśli pojadę bocznymi - nie zdążymy na prom (nic się nie nauczyłem...). Jeśli ugotuję pompę, zatrę łożysko i urwę pasek - ugotuję silnik. Zatrzymuję się po 20 km, zbiorniczek do połowy pełny. Dolewam do pełna. Zatrzymuję się za kolejne 20 km. Zbiornik pełen. Jadę. Nasłuchując, ruszając kierownicą co jakiś czas. Przestało, działa - cud pierwszy.
Zgrzyt szósty.
Marzniemy jak diabli. Okazało się, że co prawda tylne ogrzewanie działa super (Dorchester ma dodatkową nagrzewnicę z tyłu), ale przednie - bardzo słabo. Póki auto stało, przód też grzał - podczas jazdy pęd powietrza wychładza chłodnicę i w aucie robi się zimno. Ciepło jest tylko na końcu z tyłu, ale ciężko się stamtąd prowadzi :)
Zgrzyt siódmy.
Dojeżdżamy na ostatnią chwilę na prom. Chwilę wcześniej słyszę, że wydech zrobił się jakby troszkę głośniejszy, ale zatrzymując się przy szlabanie w Dover już wiem, że zrobił się baaaaaardzo głośny. Utwierdza mnie w tym pracownik promu, który pyta V8? Odpowiadam, że tylko V6, ale WRC mode. Puszcza nas z uśmiechem, płyniemy do Francji.
Zgrzyt ósmy.
Po przeprawie promowej auto jest wychłodzone, a my niewyspani. Zimno. Łamię naczelną zasadę każdego transportu grata -
NIE PODNOŚ MASKI JEŚLI NIE JEST TO NIEZBĘDNE.
Rób to na oględzinach, po jeździe próbnej - ale NIGDY po zakupie - po prostu jedź do domu... ale ja... podnoszę maskę - proszę na stacji o kawałek kartonu, by przysłonić połowę chłodnicy. W aucie robi się cieplej, po 5 czy 6 km wskazówka temperatury ląduje na środku skali. Jestem z siebie dumny, ze swojej "naprawy" tym bardziej. Po jakiś 10 kilometrach, przy wyprzedzaniu ciężarówki spod maski bucha biały dym, a ja czuję w ustach i nosie słodki posmak płynu chłodzącego. Siłą rozpędu /zgasiłem motor/ zjeżdżamy od razu ślimakiem w dół i lądujemy w środku niczego przy granicy Francusko/Belgijskiej.
Pomysłów jest kilka. Czekać do rana (jest około północy), spróbować dotrzeć do pobliskiego hotelu (jakieś 2 kilometry), ale w końcu decydujemy się zostawić auto we w miarę bezpiecznym miejscu i szukać transportu do domu. Znajdujemy parking jakieś 500metów dalej - vis a vis komendy policji. Czekamy jakąś godzinę aż auto ostygnie, wlewamy zapasy wody do układu chłodzenia i ruszamy. No, jeszcze musimy popchnąć auto do tyłu, bo nie mamy czasu czekać na chimeryczny wsteczny bieg. Odpala o dziwo od razu (co daje pewną nadzieję, że nie zniszczyłem silnika) i jedziemy jak najszybciej na ów parking - wygląda całkiem nieźle, to jakieś małe belgijskie miasteczko z domami o wielkich, niezasłoniętych niczym oknach. Dla pewności zostawiamy w widocznym miejscu kartkę z numerem telefonu i informacji o awaryjnej sytuacji i szukamy jakiegoś transportu - miasteczko zdecydowanie śpi. Bilety na flixbusa są absurdalnie drogie, na ubera nie ma szans, bo w sumie jesteśmy niedaleko Charleoi i stamtąd można trafić tani lot na Okęcie. Udało nam się znaleźć kombinowany transport - najpierw podmiejski pociąg, potem bus na lotnisko. Do stacji jest jakieś 2 lub 3 kilometry - ale mamy czas, bo pierwszy odjazd jest dopiero po 4. Pakujemy torby, zamykamy auto i idziemy. W miasteczku - żywej duszy, latarnie tylko na głównej ulicy, potem również te - gasną, wędrujemy w zupełnym mroku w kierunku stacji, która również jest całkowicie ciemna - mamy wątpliwości czy w ogóle cokolwiek stąd odjeżdża. Niespecjalnie mamy wybór - jedyny uber w okolicy odbiera zlecenie, po czym nie rusza się z miejsca, więc pozostaje nam czekać prawie 3 godziny w ciemności i zimnie, bo dworzec - choć ma nowoczesne wiaty, nie zapewnia żadnej ochrony przed wiatrem. Na szczęście pociąg przyjeżdża o czasie, potem bieg na autobus i kolejne obskurne lotnisko, ale już "blisko domu". Wracamy bezpiecznie, a po powrocie znajduję laweciarza, który w przyzwoitej cenie transportuje popsute Scorpio do Polski. Dostając na miejscu mandat podczas załadunku - bo stanął na jego czas na ścieżce rowerowej... a było nie otwierać maski :) Czy można uznać to za zgrzyt dziewiąty? Jeśli tak, to dziesiątym - będzie to, że podczas rozładunku przydługie auto zakleszczyło się na lawecie i nie mogłem go ściągnąć... jak pech to pech, prawda ?
Wpis jest bardzo długi, gratuluję tym, którzy wytrwali do końca. Pierwotnie miał być krótszy, ale - w połowie pisania przerwała mi nagła wyprawa po grata - pojawił się i trzeba było jechać, a potem - siadłem do pisania ponownie i poleciała objętość, jak przy całkiem nowym wpisie.
Ale przyznajcie, że wnętrze ma pięknie.
Aha - kolejny grat był wart przerwania pisania. Jest piękny, pokażę przy okazji:)









Jak to czytam to czuję się jakbym tam był i przeżywał to razem z wami ;)
OdpowiedzUsuńJest w tym pewnie jakieś ziarno prawdy :)
UsuńTa historia w formie pisanej zdecydowanie nabrała rumienców :D nie wiem czy bardziej z zimna, czy emocji...
OdpowiedzUsuńdoprawiłem się na tym wyjeździe, to fakt - dopiero po 2 dniach pobytu w domu odmarzłem :)
Usuń